Tagi

Francja (1) Indonezja (30) Kambodża (3) Malezja (11) Tajlandia (6)
Showing posts with label Malezja. Show all posts
Showing posts with label Malezja. Show all posts

16 Mar 2012

Kobiety w komplecie


Co cztery nogi to nie dwie. Czlowiek zajdzie dalej i szybciej.
Ostatnie dwa miesiące , które spedziłam bez swojej kompanki u boku przysporzyły mi wiele trudności i uswiadomiły jak bardzo potrzebujemy siebie wzajemnie.  Samotne podróżowanie jest do bani.  Brakowało mi Kasinego towarzystwa, naszych żartów, rozmów o wszystkim i o niczym. Brakowało mi (o matko, kto by pomyślał, że kiedykolwiek to napisze!) pobudek o 7 rano, pytań czy wzięłam paszport, portfel, czy zapakowałam wszystko. W końcu wiem, o której mam lot,  skąd odjeżdża autobus i co jest wartego zwiedzenia w danym miejscu. Zwiedzenia i zjedzenia , bo bezkarne opychanie się uchodzi Ci na sucho tylko w towarzystwie przyjaciółki. Nie mogłam doczekać się naszych wojaży wypełnionych śmiechem, gdy wystarczy jedno wzajemne spojrzenie by wiedzieć że Kelly z Anglii napewno nie bedzie naszą koleżanka, a John zapyta nas gdzie leży Polska. I nasz wspólny język, niezrozumiały nawet dla spotkanych po drodze Polaków, w  którym obśmiewamy świat i siebie nawzajem.
 Przed wyjazdem na lotnisko nie mogę spać, a gdy wybija godzina zero i widzę Kasię, odzianą w czapkę  i szal w tym 35 stopniowym upale, to serce mi sie topi i przez kilka dobrych chwil zamiast słów wymieniamy tylko uściski i śmiejemy się jak szalone. Potem wyrzucamy szal, kozaki i kurtkę do pobliskiego śmietnika, a Kasia wyciąga swój precyzyjnie sporządzony grafik podróży i mówi: za 20 minut musimy zacheckować się na kolejny lot. Usmiecham się w duchu, jak dobrze mieć ją spowrotem. Witaj w domu Kasieńka!



20 Dec 2011

3,2,1...start!

Czas opuścić naszą komunę mieszkaniową, która przez ostatni miesiąc przyjęła więcej przybyszów niż wietnamsko- laotańska granica w latach 70. Zabieramy ze sobą mnóstwo dobrych wspomnień, aż łezka kręci się w oku, gdy rzucamy okiem na zasady wspólnego pomieszkiwania, które 30 dni temu spisałyśmy na wyrwanej kartce z zeszytu. Nasz Twister Obieżyświat wzbogaca się o kilka nowych, ciepłych słów od poznanych tutaj przyjaciół. Machamy na pożegnanie dyskotekowej kuli wiszącej w salonie, która była świadkiem tylu szalonych nocy, zwijamy nasza kolorowa matkę, która po tych wariactwach zapewniała schronienie wielu zbłądzonym owieczkom. Szybka retrospekcja wydarzeń zawraca nas do śniadań o trzeciej nad ranem, a potem całonocnych dysput o życiu, przy kubku zaparzonej na sposób arabski herbaty.
Jeszcze tylko kilka uścisków i ruszamy w drogę. Nie sposób opisać ten moment ekstazy, gdy zarzucamy na plecy ciężkie jak głazy plecaki. Choć nogi uginają się pod ciężarem naszych tymczasowych domków to jednak pędzimy na stację Puduraya, niesione przez jakieś nadzwyczajne siły. Życie włóczykija to jednak to, co kochamy najbardziej!
3,2,1, start! Cebula i Truskawka wracają do gry!


I jeszcze wspomnień czar...












25 Nov 2011

Ramly life


Ramly to znany w całej Malezji burger, patetycznie akcentowane dobro narodowe, które jest niczym innym jak dziwnym przekładańcem kawałka nieznanego pochodzenia mięsa, kilku liści sałaty i sadzonego jajka. Ramly smakuje jak Malezja, pierwszy kęs pieści podniebienie, każdy następny męczy i odbiera ochotę na dalszą konsumpcję.
Miesiąc spedzony w Kuala Lumpur, pozornie barwnym lecz jakże jednolitym i nudnym mieście, brzmi jak wyzwanie, szczególnie dla kogoś, kto już po kilku dniach czuje się nim znużony.
Zaciskamy jednak zęby i pokornie odliczamy dni ku kolejnej przygodzie. W międzyczasie spacerujemy tu i tam, w nadzieji, że to miasto jeszcze czymś nas zaskoczy,  jednak poszukiwanie osobliwości zawsze kończy się rozczarowaniem. Podczas tych spacerów, patrzymy na wyszykowane świątecznie ulice i dopada nas poczucie smutku, że w tym roku nie będzie choinki ani kolęd, Rodziny i Przyjaciół. Planowałyśmy na początku spędzić Święta w KL, uważyć jakiś barszczyk z tutejszych buraków, wycinanką przystroić choinkę by mieć choć namiastkę domowej atmosfery, jednak porzuciłyśmy ten pomysł kilka dni temu i jeszcze przed Wigilią zamierzamy ruszyć w drogę. 
Gwoli ścisłości: nie chcę dramatyzować i rozwodzić się nad tym jakie to spotkało nas nieszczęście, bo znajdujemy bardzo wiele pozytywów z pobytu tutaj. Mamy wspaniałych przyjaciół, którzy przygarnęli nas pod swój dach, niezłą pracę, do której nie trzeba wstawać rano( to szczególnie ważne dla mnie;), każdego dnia poznajemy nowych ludzi z całego świata, wysłuchujemy ich ciekawych historii. Jest więc wiele momentów, które będziemy wspominać z sentymentem, wiele rzeczy, za którymi będziemy tęsknić.
No może z wyjątkiem Ramly’eja.


Świąteczne szaleństwo trwa.

Ktoś chyba obraził się na Świętego.


20 Nov 2011

Koala Lumpur


Głowię się i głowię, dlaczego tak bardzo nie lubię Kuala Lumpur i przyznam, że nie przychodzi mi do głowy żaden konkretny powód. Malezja, samozwańczy numer 1 wśród krajów azjatyckich, to miejsce schludne i cywilizowane. Gdy kilka miesięcy temu, wylądowałyśmy w Kuala Lumpur po raz pierwszy, odetchnęłyśmy z ulgą po kilku tygodniach spędzonych w dzikich, hałaśliwych Indiach. Dziś nie pozostało już nic z tamtejszych zachwytów, Malezja męczy nas coraz bardziej, z każdą kolejną wizytą, z każdym kolejnym dniem. Różnorodność kulturowa, która zdaje się być największą duma narodową sprawia, że jest to kraj zlepiony z wielu kontrastów, które bardziej dają poczucie chaosu, niż interesującej wielobarwności. Zupa zrobiona ze wszystkiego co masz w lodówce, nie gwarantuje dobrego smaku.
Poza tym, uświadomiłyśmy sobie już dawno temu, że najważniejszym czynnikiem, który składa się na poczucie komfortu w danym miejscu jest bezpieczeństwo. Nie znajdujemy go tutaj zupełnie. Podczas gdy hasamy swobodnie, nawet nocna porą, w każdym innym kraju azjatyckim, w Malezji nie wypuszczamy się nigdzie po zachodzie słońca. Tutejsi Chińczycy czy Hindusi czują się znacznie swobodniej niż w swoich krajach i słyszałyśmy wiele historii o brutalnych napadach na obcokrajowców. Malajowie nie pozostają w tyle i co rusz również zapisują się w kryminalnych kartotekach.
Męczy nas również tutejsza pogoda, tęsknimy za orzeźwiającym powiewem wiatru, za wieczorem bez deszczu i duchoty. Czasami gdy wracamy z godzinnego spaceru, umoczone jak po tygodniowym aerobiku, mamy ochotę spakować się i wyjechać, tylko by dotrzeć gdzieś, gdzie będzie można odetchnąć świeżym powietrzem.
Niestety po przeanalizowaniu naszych kont bankowych, z przykrością stwierdziłyśmy, że takie szaleństwa nie wchodzą w grę a my migiem musimy znaleźć jakieś źródło dochodu. Nie minęło kilka dni, a już pracujemy w Kuala Lumpur, pracujemy bez krzty pasji i zapału, jednak bez wytchnienia, bo wiemy, że przyjdzie w końcu dzień gdy odbierzemy nasze ciężko zarobione miliony i ruszymy w świat.
Gdy myślę o Kuala Lumpur przypominają mi się słowa naszej malezyjskiej koleżanki. Pewnego dnia gdy siedziałyśmy na dachu naszego budynku, skąd rozciąga się piękny widok na miasto, spojrzała przed siebie i powiedziała: Spójrz, z tej perspektywy KL wygląda tak dostojnie, a gdy człowiek zejdzie na dół i zobaczy to wszystko z bliska, od razu ma ochotę się wyprowadzać. Nie ma trafniejszej pointy. Kuala Lumpur przypomina mi miłe lecz dzikie zwierzę. Z pozoru wygląda uroczo , ale gdy się zbliżysz, nigdy nie daje się przytulić. I choć wytrwale próbujemy, wciąż nie widać szansy by w końcu je oswoić.
Numer 1?

O wschodzie bywa pięknie...

...o zachodzie też.

22 Oct 2011

O psie, który nie umial pływać

Za gorami, za lasami, za wielka wodą na końcu swiata, odpoczywal nad rzeka pewien Sultan, wraz ze swym psem, co szukal wiecznie zaczepki. Pojawil sie tez kanczyl, ktory na zadziornego pupila znalazl sposob i w efekcie zacietej walki pies wpadl do wody i utonal.
Sultan zdumiony sila drobnego kanczyla, uznal to za dobra wróżbę i z malej rybackiej wioski utworzyl port wielki i bogaty, o ktory walczyly potem potegi swiata.I z tej historii powstala Melaka, urocze portowe miasteczko w poludniowej Malezji.
Wedlug niektorych zapisow jej nazwa zaczerpnieta zostala od drzewa, w cieniu ktorego odpoczywal Sultan, choc istnieje tez wersja ze slowo ,,mallakka'' wywodzi sie z jezyka tamilskiego i oznacza wspak, do gory nogami.



Droga z Kuala Lumpur zajmuje nam niecale dwie godziny.Tuz po dotarciu na miejsce zatrzymujemy podmiejski autobus, doslownie zatrzymujemy, posrodku drogi,wskakujemy w pedzie po schodach wysokich niczym góra, a potem z calym majdanem usadawiamy sie na pierwszych wolnych miejscach. Konduktor wydziera nam po bileciku i za ringgita docieramy do starej czesci miasta.
Malaka to urocze miejsce. Kolonialne wpływy sprzed wieków widoczne są na każdym rogu,wąskie uliczki z dziesiątkami osobliwych zakątkow,katolickie koscioly, urocze domki ciagnące się wzdłuż kanału.



Więc ja i moja Fruźka, wybieramy sie na romantyczny spacer, reka w reke, ramie w ramie, i tak sobie spacerujac kontemplujemy piekno tego miejsca. Nasze myśli zagłuszają co chwilę przejeżdające ryksze, ktore wpisaly sie na dobre w krajobraz miasta. Upstrzone jaskrawymi kwiatami, z tubami zamontowanymi w tylniej części pojazdu, ktorych moc jest tak wielka, ze wydobywajacą sie z nich muzyke slychac juz z oddali. Ryksiarze zdaje sie,rozmilowali sie najbardziej w techno, bo wiekszosc pojazdow dudni elektronicznymi dzwiekami. Kicz nad kicze,jednak nie mozemy powstrzymac smiechu widząc rodziny zwiedzajace Melake w rytmie Westbama.
Wieczorem idziemy na nabożeństwo do jednego z tutejszych kosciołów, msza, o dziwo, prowadzona jest po angielsku, ale wszystkie lawki wypelnione są po brzegi. Przez moment zapominamy, ze jestesmy w Azji, bo choc mowi sie, ze Melaka jest esencją Malezji, to dla nas jest to najmniej azjatyckie miejsce, ktore odwiedzilysmy na tym kontynencie.I tym europejskim akcentem zegnamy sie z Malezja i ruszamy dalej,i dalej, i dalej...


















Na facebooku sie siedzi, w facebooku sie chodzi

Kierunek: Indonezja!




20 Oct 2011

Zielona noc

Szczypta Chinczykow, pare kropli Hindusow, wymieszac z Malajami i tak oto powstaje panstwo kolorowe jak barwy Holi, pelne kulturowych roznic, przeplatane niczym warkocz roznymi zwyczajami,smakami i zapachami. Podczas gdy Kuala Lumpur swa elegancja i szykiem nie odstepuje na krok europejskim standardom, to gdzies w oddali sa miejscowosci gdzie czas sie zatrzymal a widok bialego czlowieka wciaz wzbudza zainteresowanie.
W Kuala Besut spedzilismy zaledwie kilka godzin, ktore wystarczyly by zatesknic za halasliwym mieszczuchem zwanym Kuala L.









W stolicy zastala nas burza. Pora deszczowa w Azji bywa bezlitosna, geste chmury nagle pojawiaja sie nad miastem, zaslaniajac mu widok na reszte swiata. Nasze wielkie plany rozmyl deszcz, siedzielismy wiec na najwyzszym pietrze budynku i obserwowalismy rozswietlajace niebo blyskawice. Bylo dosc mrocznie, szczegolnie ze zza gestych chmur ledwo mozna bylo dostrzec Petronas Tower czy wieze telewizyjna. Zielona noc byla wiec noca szarą, troche w karty pograli, lulki popalili, ale najbardziej mysleli o tym, ze jutro juz kazdy odjedzie w swoja strone.Aura tylko podstemplowala nasze smutne nastroje.Na pocieszenie w pobliskim KK znalezlismy polskie cuda, i na wspominki nam sie po nich zebralo, wiec jak noc dluga i ciemna nikt nie chcial odejsc od stolu. Biesiada po polsku gorujaca nad malezyjska stolica. Tego jeszcze nie bylo.