A więc kilka godzin później siedzimy w samolocie. Ja po moich nasennych piguleczkach, roztopiona jak ser w słońcu, lecz wciąż w obawie o stan naszego podwozia, Kasia spokojnie śpiąca na moim ramieniu. Jeszcze przed wejściem na pokład obserwujemy kilku pracowników lotniska, próbujacych uporać się z usterką techniczną naszego samolotu. Widok mężczyzn siedzących na płycie lotniska, studiujących pilnie kilkanascie rozłożonych przed nimi kartek papieru, nie napawa optymizmem. Wyglądają jakby analizowali instrukcję obsługi nowej mptrojki , a przeciez na Boga, Panowie, mamy tu do czynienia z potężną maszyną, toż to poważna sprawa. Mam ochote wyjsc do nich i powiedziec im to osobiscie, upewnic sie ze naprawde mają pojęcie co robią.
Cała ta sytuacja plus mój chorobliwy strach przed lataniem (co jest dosc dziwne jesli policzyc godziny ktore spedzamy w powietrzu) sprawiaja ze drżą mi ręce. Kasia łapie moją dłoń, robi coś co zawsze mnie uspokaja, i wchodzimy pewnie na pokład.
Poniewaz nie ma mozliwosci by z Sumatry dostac sie bezposrednio na Bali, czeka nas jeszcze przesiadka w Jakarcie. Uff, polowa za nami-myslę odpinając pas gdy docieramy do stolicy Indonezji.
W Denpasarze lądujemy po poludniu tego samego dnia. Widząc neonowe napisy ,,Welcome to Bali'', dopada nas dziecięca ekscytacja, idziemy długim korytarzem trzymając sie za ręcę i chichocząc głośno.Więc jesteśmy na Bali. Jak dobrze jest wracać do znanych nam miejsc, jak dobrze będzie znowu zobaczyć naszą rozpustną Kutę. Jakikolwiek impuls przywiódł nas w to miejsce, wiemy, że to szaleństwo warte było zachodu.
Do Kuty!-Kasia wydaje polecenie taksówkarzowi, odwraca się do mnie i pyta: W co się dzisiaj ubierasz? :)
7 Nov 2011
Mission completed
6 Nov 2011
Nazad!!!
Bylo wiele powodów, dla których zatrzymałyśmy autobus. By ominąć emocjonalny ekshibicjonizm, napisze tylko, że jeśli czeka sie na coś tak dlugo, i jest się już bardzo bardzo blisko, ciezko po prostu odpuścić. Jeśli do tego ma się szalonego przyjaciela, który Cię kocha i wie, co jest dla Ciebie ważne (choć niekoniecznie dobre!) wówczas mozna podbić świat.
Dworzec w Bukittingi odpoczywał po ciężkim, męczącym dniu, większość autobusów juz odjechala. Gdy dotarłyśmy na wskazany na bilecie plac, naszym oczom ukazał się pokryty rdzą, zionący resztkami mocy pojazd. Pęknięta przednia szyba przypominała kryształowa pajęczynę, załataną w wielu miejscach szarą taśmą klejącą.Zanim jeszcze naszły nas wątpliwości, kierowca i jego mały pomagier wrzucili juz nasze placaki i popchneli ku wejściu.
Naszę uwagę musiałyśmy podzielić między poczucie smutku, że wyjeżdżamy stąd w takich okolicznościach, że nasz plan tak bardzo zawiódł, a modlitwy o to by autobus nie spadł w ktorąś z przepaści, sunąc po zabłoconej drodze. Potem mysli nasze zagluszyla głośna muzyka rodem z manieczek,a ręce zajeła walka z przebiegającymi po fotelach karaluchami. Więc suniemy tym wesołym autobusem po bezdrożach Sumatry, w chmurach dymu papierosowego, tak wielkich, ze w pewnym momencie z trudem widzę Kasię. Między bum bum bum wydobywajacego się z głośników wkrada się w moje myśli Bali Bali Bali, a raczej pewien kangurzy powód, dla którego miałyśmy się tam pojawić. Bum Bum Bali Bum Bali Bali Bum.
Patrzę na Kasię i wiem, że nie mogę pojechać kilometra dalej.Zawracajmy!-mówię. Kasia patrzy na mnie i wie, że nie może pozwolic mi pojechać metra dalej. Zawracajmy!-odpowiada.
Przyjaciel to ktoś kto nie wytknie Ci głupstwa, ale złapie Twoją dłoń i popełni je z Tobą.
Chwilę później studiuje mapę trasy autobusu w poszukiwaniu najbliższego lotniska a Kasia próbuje wytłumaczyć kierowcy by zatrzymał autobus. Gdy jej starania nie przynoszą skutku, wstaję i próbując przekrzyczeć muzykę, pytam: Czy ktoś tutaj mówi po angielsku? Widzę wlepione w nas 30 kilka par oczu, równie zdezorientowanych co rozbawionych. Komiczne Bule.
Na ratunek przychodzi nam nasz znajomy z Bukittingi, którego budzimy telefonem o 2 w nocy prosząc by wytłumaczył kierowcy powód całego zamieszania.
Udaje się. Godzinę później zamykają się za nami drzwi i autobus odjeżdża. Jesteśmy GDZIEŚ, skąd mamy wziąć JAKIŚ środek transportu by dostać się DOKĄDŚ. Okoliczny parkingowy lituje się nad nami i na czas oczekiwania przyjmuje nas do swojej kanciapy, i kolejne kilkadziesiąt minut spędzamy ogladając film o tajskim boksie.
Mały minivan, do którego znowu zostajemy wtrącone prawie siłą ma nas zawieźć do PEKAN BARU. A więc jesteśmy w domu, jedziemy do Pekan baru, jedziemy na lotnisko. Gdy misja wydaje się być prawie kompletna, kierowca zatrzymuje się przy małej przydrożnej knajpce, pośrodku niczego.Pekan baru?-pytamy. Kiwa potwierdzająco głową i odjeżdża.
Rozglądamy się dookoła, jest środek nocy, głucho i ciemno, nie ma lotniska, nie ma nawet niczego co wskazywaloby, że jesteśmy blisko jakiegos miasta. Dostrzegmy trzech mezczyzn siedzacych w restauracji, to nasza jedyna szansa na jakies informacje. I tu przychodzi czas na nasze poliglotyczne zdolności. Kasia dzierżąc w dłoni przewodnik próbuje swoich sił w indonezyjskim, a ja rozkładając ręce na kształt skrzydeł, symuluje samolot, okrążając ja z każdej strony i powtarzajac: Siuuuu,you know airport, shuuuuuu!
Chyba spokojnie możemy przeskoczyć na poziom pre-intermediate, bo za kilka minut siedzimy już w taksówce. Jesteśmy tuż, tuż.
Gdy docieramy na miejsce lotnisko jest jeszcze zamkniete. Rozkladamy naszą kolorową matę w jednym z ciemnych kątów, tradycyjnie przywiązujemy się do plecaków i ucinamy sobie drzemkę. Zegarki budzą nas punktulanie o 6.00. Zanim jeszcze pracownik biura linii lotniczych włącza komputer, już stoję przy biurku i podając mu paszporty mówię: Poproszę dwa bilety na Bali!Na kiedy?- patrzy na mnie zaskoczony. Na teraz prosze Pana, jak najszybciej!
Dworzec w Bukittingi odpoczywał po ciężkim, męczącym dniu, większość autobusów juz odjechala. Gdy dotarłyśmy na wskazany na bilecie plac, naszym oczom ukazał się pokryty rdzą, zionący resztkami mocy pojazd. Pęknięta przednia szyba przypominała kryształowa pajęczynę, załataną w wielu miejscach szarą taśmą klejącą.Zanim jeszcze naszły nas wątpliwości, kierowca i jego mały pomagier wrzucili juz nasze placaki i popchneli ku wejściu.
Naszę uwagę musiałyśmy podzielić między poczucie smutku, że wyjeżdżamy stąd w takich okolicznościach, że nasz plan tak bardzo zawiódł, a modlitwy o to by autobus nie spadł w ktorąś z przepaści, sunąc po zabłoconej drodze. Potem mysli nasze zagluszyla głośna muzyka rodem z manieczek,a ręce zajeła walka z przebiegającymi po fotelach karaluchami. Więc suniemy tym wesołym autobusem po bezdrożach Sumatry, w chmurach dymu papierosowego, tak wielkich, ze w pewnym momencie z trudem widzę Kasię. Między bum bum bum wydobywajacego się z głośników wkrada się w moje myśli Bali Bali Bali, a raczej pewien kangurzy powód, dla którego miałyśmy się tam pojawić. Bum Bum Bali Bum Bali Bali Bum.
Patrzę na Kasię i wiem, że nie mogę pojechać kilometra dalej.Zawracajmy!-mówię. Kasia patrzy na mnie i wie, że nie może pozwolic mi pojechać metra dalej. Zawracajmy!-odpowiada.
Przyjaciel to ktoś kto nie wytknie Ci głupstwa, ale złapie Twoją dłoń i popełni je z Tobą.
Chwilę później studiuje mapę trasy autobusu w poszukiwaniu najbliższego lotniska a Kasia próbuje wytłumaczyć kierowcy by zatrzymał autobus. Gdy jej starania nie przynoszą skutku, wstaję i próbując przekrzyczeć muzykę, pytam: Czy ktoś tutaj mówi po angielsku? Widzę wlepione w nas 30 kilka par oczu, równie zdezorientowanych co rozbawionych. Komiczne Bule.
Na ratunek przychodzi nam nasz znajomy z Bukittingi, którego budzimy telefonem o 2 w nocy prosząc by wytłumaczył kierowcy powód całego zamieszania.
Udaje się. Godzinę później zamykają się za nami drzwi i autobus odjeżdża. Jesteśmy GDZIEŚ, skąd mamy wziąć JAKIŚ środek transportu by dostać się DOKĄDŚ. Okoliczny parkingowy lituje się nad nami i na czas oczekiwania przyjmuje nas do swojej kanciapy, i kolejne kilkadziesiąt minut spędzamy ogladając film o tajskim boksie.
Mały minivan, do którego znowu zostajemy wtrącone prawie siłą ma nas zawieźć do PEKAN BARU. A więc jesteśmy w domu, jedziemy do Pekan baru, jedziemy na lotnisko. Gdy misja wydaje się być prawie kompletna, kierowca zatrzymuje się przy małej przydrożnej knajpce, pośrodku niczego.Pekan baru?-pytamy. Kiwa potwierdzająco głową i odjeżdża.
Rozglądamy się dookoła, jest środek nocy, głucho i ciemno, nie ma lotniska, nie ma nawet niczego co wskazywaloby, że jesteśmy blisko jakiegos miasta. Dostrzegmy trzech mezczyzn siedzacych w restauracji, to nasza jedyna szansa na jakies informacje. I tu przychodzi czas na nasze poliglotyczne zdolności. Kasia dzierżąc w dłoni przewodnik próbuje swoich sił w indonezyjskim, a ja rozkładając ręce na kształt skrzydeł, symuluje samolot, okrążając ja z każdej strony i powtarzajac: Siuuuu,you know airport, shuuuuuu!
Chyba spokojnie możemy przeskoczyć na poziom pre-intermediate, bo za kilka minut siedzimy już w taksówce. Jesteśmy tuż, tuż.
Gdy docieramy na miejsce lotnisko jest jeszcze zamkniete. Rozkladamy naszą kolorową matę w jednym z ciemnych kątów, tradycyjnie przywiązujemy się do plecaków i ucinamy sobie drzemkę. Zegarki budzą nas punktulanie o 6.00. Zanim jeszcze pracownik biura linii lotniczych włącza komputer, już stoję przy biurku i podając mu paszporty mówię: Poproszę dwa bilety na Bali!Na kiedy?- patrzy na mnie zaskoczony. Na teraz prosze Pana, jak najszybciej!
5 Nov 2011
Karolinka, co mieszka za szkołą
Nic nie dzieje się bez powodu. W następstwie kradziezy musimy zmagać się z lokalnymi stróżami prawa i wtedy z pomocą przychodzi nam Karolina, nasza super bohaterka w pelerynie. Karolina mówi biegle po indonezyjsku, więc okazuje się niezwykle pomocna podczas kolejnych rozmów z policją. Śmiem przypuszczać, że dopiero teraz wiedzą co nam sie przytrafiło.
Wiemy już, że nasz czas w Bukittingi dobiegł końca. Autobus do Dumaiu odjeżdża nazajutrz i ostatni dzień naszego pobytu w Indonezji zamierzamy spędzić tylko na przyjemnościach. Karolina oprowadza nas po najlepszych kulinarnych punktach miasteczka (tak, tak ,większa część przyjemności sprowadza się do jedzenia!)a wieczór spędzamy goszcząc się w jej domu. Podczas dlugich nocnych rozmow dowiadujemy sie wielu nowych rzeczy o Indonezji, Karolina opowiada o tutejszych zwyczajach, wierzeniach, pieknych recznie barwionych batikach, wypadach na Bali po bajeczne suknie Oka Diputry, tutejszych przyprawach, trzęsieniach Ziemi, i rozprawiamy tak ochoczo, bez tchu wytchnienia.Tylko kotka wydaje sie być niewzruszona i nie bierze udzialu w naszym babskim spotkaniu.
Polskim zwyczajem, stół zastawiony jest różnymi przysmakami, w nieco mniej tradycyjnym wydaniu, Karolina śmieje sie ze nie miala czasu ulepić pierogów. Wcinamy cukier trzcinowy, mleko skondesowane, mango, pyszne pomarancze, czekoladowe ciastka z orzechami,popijamy Sekoteng, a Kasia rozwodzi sie nad fiaskiem naszych planów zrzucenia w Azji kilku zbędnych kilogramów i robi to z uroczą bezczelnością, zagryzając słowa smażonym bananem w cieście.
Indonezja to kulinarny plac zabaw. Mozna wybierać tu spośród dziesiątek rarytasów, próbować wciąż nowych rzeczy, zajadać się póki nie pojdą guziki. Mee goreng, nasi goreng,pisang goreng,bika,sate czy typowy dla zachodniej Sumatry rendang to tylko niektóre z tutejszych przysmakow, a juz to wystarcza by każda z nas nieco przybrała na wadze.
Tej nocy bierzemy pierwszy od miesiąca ciepły prysznic, co jest przyjemnoscią nad przyjemnościami, i zrozumie to tylko ten, kto przez jakis czas pozbawiony byl nawet bieżącej wody. Hedonizm pełną gebą!
Wczesnym rankiem budzi nas telefon z policji. Żal opuszczac to wielkie, ciepłe łóżko, tymbardziej że za oknem wciaz siąpie deszcz. Musimy jednak spisać ostatni raport i ruszać w drogę. Gdy docieramy na policje, Karolina odbiera nasze dokumenty i podpisuje dziesiątki kolejnych papierów. Przypadkowo spoglądam na jej dane i nie kryje rozbawienia gdy okazuje się, że pod imieniem i nazwiskiem, zamiast adresu zapisane jest po prostu ,,za szkołą''. Karolina wyprzedzając moje pytanie mówi: Nasza ulica wciąż nie ma nazwy,a poniewaz mieszkamy za szkołą, to najłatwiejszy sposób by nas znaleźć.
Och, Indonezjo, wspaniała zaskakująca nas wciąż Indonezjo, jakże będziemy za Tobą tęsknić!
Ostatni obiad w Turret Cafe, mocna jak dzwon kawa w naszym hotelu, szybka przejażdżka po bilety i jestesmy gotowe do drogi. Kierunek: Dumai, stamtąd pomkniemy promem do Malezji. Kapitan znowu poczęstuje nas papierosem lawirując między mijającymi nas tankowcami.
Takież tu cuda miały miejsce, jakże zmęczyły nas te dni w Bukittingi, a jednak, jednak żal wyjeżdżać...
Serdeczne podziękowania dla Karoliny i Irwana, Karolinko Twoja pomoc byla nieoceniona! Mamy nadzieje wrócić kiedyś na Sumatre, wrocic do Was!
Wiemy już, że nasz czas w Bukittingi dobiegł końca. Autobus do Dumaiu odjeżdża nazajutrz i ostatni dzień naszego pobytu w Indonezji zamierzamy spędzić tylko na przyjemnościach. Karolina oprowadza nas po najlepszych kulinarnych punktach miasteczka (tak, tak ,większa część przyjemności sprowadza się do jedzenia!)a wieczór spędzamy goszcząc się w jej domu. Podczas dlugich nocnych rozmow dowiadujemy sie wielu nowych rzeczy o Indonezji, Karolina opowiada o tutejszych zwyczajach, wierzeniach, pieknych recznie barwionych batikach, wypadach na Bali po bajeczne suknie Oka Diputry, tutejszych przyprawach, trzęsieniach Ziemi, i rozprawiamy tak ochoczo, bez tchu wytchnienia.Tylko kotka wydaje sie być niewzruszona i nie bierze udzialu w naszym babskim spotkaniu.
Polskim zwyczajem, stół zastawiony jest różnymi przysmakami, w nieco mniej tradycyjnym wydaniu, Karolina śmieje sie ze nie miala czasu ulepić pierogów. Wcinamy cukier trzcinowy, mleko skondesowane, mango, pyszne pomarancze, czekoladowe ciastka z orzechami,popijamy Sekoteng, a Kasia rozwodzi sie nad fiaskiem naszych planów zrzucenia w Azji kilku zbędnych kilogramów i robi to z uroczą bezczelnością, zagryzając słowa smażonym bananem w cieście.
Indonezja to kulinarny plac zabaw. Mozna wybierać tu spośród dziesiątek rarytasów, próbować wciąż nowych rzeczy, zajadać się póki nie pojdą guziki. Mee goreng, nasi goreng,pisang goreng,bika,sate czy typowy dla zachodniej Sumatry rendang to tylko niektóre z tutejszych przysmakow, a juz to wystarcza by każda z nas nieco przybrała na wadze.
Tej nocy bierzemy pierwszy od miesiąca ciepły prysznic, co jest przyjemnoscią nad przyjemnościami, i zrozumie to tylko ten, kto przez jakis czas pozbawiony byl nawet bieżącej wody. Hedonizm pełną gebą!
Wczesnym rankiem budzi nas telefon z policji. Żal opuszczac to wielkie, ciepłe łóżko, tymbardziej że za oknem wciaz siąpie deszcz. Musimy jednak spisać ostatni raport i ruszać w drogę. Gdy docieramy na policje, Karolina odbiera nasze dokumenty i podpisuje dziesiątki kolejnych papierów. Przypadkowo spoglądam na jej dane i nie kryje rozbawienia gdy okazuje się, że pod imieniem i nazwiskiem, zamiast adresu zapisane jest po prostu ,,za szkołą''. Karolina wyprzedzając moje pytanie mówi: Nasza ulica wciąż nie ma nazwy,a poniewaz mieszkamy za szkołą, to najłatwiejszy sposób by nas znaleźć.
Och, Indonezjo, wspaniała zaskakująca nas wciąż Indonezjo, jakże będziemy za Tobą tęsknić!
Ostatni obiad w Turret Cafe, mocna jak dzwon kawa w naszym hotelu, szybka przejażdżka po bilety i jestesmy gotowe do drogi. Kierunek: Dumai, stamtąd pomkniemy promem do Malezji. Kapitan znowu poczęstuje nas papierosem lawirując między mijającymi nas tankowcami.
Takież tu cuda miały miejsce, jakże zmęczyły nas te dni w Bukittingi, a jednak, jednak żal wyjeżdżać...
Serdeczne podziękowania dla Karoliny i Irwana, Karolinko Twoja pomoc byla nieoceniona! Mamy nadzieje wrócić kiedyś na Sumatre, wrocic do Was!
| Mee Goreng |
| Pisang Goreng czyli banany zapiekane w cieście. Nasz faworyt wśród przysmaków. |
| Baba z wozu, byłoby lżej. |
| Sekoteng w natarciu. |
4 Nov 2011
Hokus Pokus
W Indonezji, kraju, którego wiekszą część mieszkanców stanowią wyznawcy islamu, wciaz jest jeszcze wiele miejsca na zakazane praktyki, czyli czary. Aura panujaca wokół wszystkich niesamowitych opowiesci, nawet wśrod największych sceptyków, budzi respekt i pewnego rodzaju ciekawość.
Wygląda na to że nigdy nie opuścimy Bukittingi. Nasz maly pokoik w hotelu, do ktorego przeniosłyśmy się po kradzieży, znajduje sie na dachu, tuż przy wielkim tarasie, z ktorego rozciaga sie widok na cale Bukittingi. Rytualem stalo sie poranne picie kawy i spoglądanie na narastajacy chaos na ulicach. Rytualem rytualu stało sie rowniez towarzystwo Ronniego, pracownika hotelu, ktory jest teraz bardziej naszym kompanem i opiekunem. Dzis jednak obecnosc Ronniego, oprocz kilku stalych Darling I love you Darling, przyniosla rowniez pewną tajemniczą propozycję, ktorą wręcz wyszeptał nam na ucho.
Pojedźmy do szamana!- rzekl z blyskiem w oku. Do szamana?!? Szalenstwo! Wszystko inne jednak zawiodlo, a Kasia prawie wsiadala do samochodu zanim jeszcze Ronnie dokonczyl zdanie. Oczy jej lsnily na mysl o tym paranormalnym meetingu.
Droga prowadzila wzdluz uroczych wsi u podnóża wulkanu, w miare jak kręte ścieżyny wiodły nas coraz wyżej, ukazywal sie naszym oczom coraz pelniejszy widok na senne Bukittingi. Mijalismy piękne pola ryżowe przy dźwiekach indonezyjskiej muzyki, i poza zatkanymi uszami, w tej chwili nie odczuwalysmy najmniejszego dyskomfortu. Pierwszy raz od kryminalnego epizodu czulysmy sie zupełnie zrelaksowane.
Ronnie zatrzymywal sie w kazdym miejscu, ktore wzbudzało nasze zainteresowanie, zabral nas na Nasi Goreng do malutkiej przydroznej knajpki , pokazal imponujace pokolonialne budynki, a na podwieczorek zaproponowal przepyszne kokosowe i bananowe placuszki Bika, swiezo wyciagniete z buchających ogniem kotłów.
Po tych wszystkich atrakcjach samochod stanal wreszcie przy malej drewanianej chatce. Ronnie wyłączyl silnik, ,,Jesteśmy na miejscu'' rzekł pogodnie. Drzwi byly otwarte na osciez, sciagnelismy buty i nieśmiało weszlismy do srodka. W pustej izbie, siedzial w fotelu drobny, starszy mezczyzna. Przywital nas pojednawczym kiwnięciem głowy i nakazał usiąść. To zdecydowanie dodalo nam otuchy, choc zobaczyłam minę Kasi i wiedzialam że obie jestesmy spiete. Mezczyzni rozmawiali chwile po indonezyjsku, co jeszcze bardziej nasiliło naszą konsternację a potem ten maly, poważny czlowiek zamknal oczy i w pokoju nastala taka cisza, jakby kazdy z nas wstrzymal oddech. Zaciskając prawą dłon szaman powtarzał niezrozumiale dla nas slowa, trwalo to kilka minut i jak to zwykle bywa w najbardziej nieodpowiednich momentach, znowu chcialo nam sie smiac. Zachowalysmy jednak powazne miny.
Uzyskalysmy kilka nowych informacji, jednak zbyt malo konkretnych by podjac jakiekolwiek dzialania. Wiele rzeczy, o ktorych ten mezczyzna nie mogl wiedziec, sprawdzilo sie bezbłędnie i to wzbudzilo nasz podziw. Imponujace- pomyslalam, choc jeszcze kilka godzin wczesniej calą misje uważałam za bezcelową.
Wracalismy w milczeniu. Nie wiem czy naprawde bylysmy blisko jakichs nadwyczajnych sil ale to przezycie bylo fascynujace i wywarło na nas duze wrazenie.
Przed powrotem do Bukittingi zatrzymalismy się jeszcze dwukrotnie. Pierwszym przystankiem była lokalna szkoła, a raczej malutka klasa z zabitymi deskami oknami ( i to nie jest metafora!). Nauczycielka gdy spostrzegła zmierzajace w jej strone Bule,wyszla na zewnatrz i powitala nas serdecznie, wraz z kilkoma uczennicami schowanymi za jej spódnicą. Dziewczynki mialy akurat lekcje angielskiego, wiec nieoczekiwanie zostałam wypchnięta na srodek klasy i mialam prowadzic zajecia. Zaskoczenie plus moja absolutna nieudolność w wystąpieniach publicznych zapowiadaly fiasko, jednak po kilku minutach wszyscy mieliśmy wielka frajdę, choc dziewczynki, i rowniez nauczycielka nie rozumialy prawie slowa z moich barwnych opowieści o odleglym kraju zwanym Polską. Zanim sie obejrzalysmy w drzwiach izby stalo juz kilka innych osob i wszyscy przyglądali się tej ekspresyjnie gestykulujacej kobiecie, mowiącej w niezrozumiałym dla nich języku.
Bariera językowa nie przeszkodzila nam nawiązac jeszcze jednej przyjazni tego dnia. Odwiedzilysmy pracujacych na polu rolnikow, i znowu zostalysmy przyjete bardzo serdecznie, pogawedzilismy sobie troche przy pomocy rąk i usmiechów, zajadając podarowaną nam pyszną, swieżo uprażoną kukurydzę.
To był dobry dzień. Pełen dobrych wrażen i dobrych ludzi. I czarów. Czarów życzliwości.
Wygląda na to że nigdy nie opuścimy Bukittingi. Nasz maly pokoik w hotelu, do ktorego przeniosłyśmy się po kradzieży, znajduje sie na dachu, tuż przy wielkim tarasie, z ktorego rozciaga sie widok na cale Bukittingi. Rytualem stalo sie poranne picie kawy i spoglądanie na narastajacy chaos na ulicach. Rytualem rytualu stało sie rowniez towarzystwo Ronniego, pracownika hotelu, ktory jest teraz bardziej naszym kompanem i opiekunem. Dzis jednak obecnosc Ronniego, oprocz kilku stalych Darling I love you Darling, przyniosla rowniez pewną tajemniczą propozycję, ktorą wręcz wyszeptał nam na ucho.
Pojedźmy do szamana!- rzekl z blyskiem w oku. Do szamana?!? Szalenstwo! Wszystko inne jednak zawiodlo, a Kasia prawie wsiadala do samochodu zanim jeszcze Ronnie dokonczyl zdanie. Oczy jej lsnily na mysl o tym paranormalnym meetingu.
Droga prowadzila wzdluz uroczych wsi u podnóża wulkanu, w miare jak kręte ścieżyny wiodły nas coraz wyżej, ukazywal sie naszym oczom coraz pelniejszy widok na senne Bukittingi. Mijalismy piękne pola ryżowe przy dźwiekach indonezyjskiej muzyki, i poza zatkanymi uszami, w tej chwili nie odczuwalysmy najmniejszego dyskomfortu. Pierwszy raz od kryminalnego epizodu czulysmy sie zupełnie zrelaksowane.
Ronnie zatrzymywal sie w kazdym miejscu, ktore wzbudzało nasze zainteresowanie, zabral nas na Nasi Goreng do malutkiej przydroznej knajpki , pokazal imponujace pokolonialne budynki, a na podwieczorek zaproponowal przepyszne kokosowe i bananowe placuszki Bika, swiezo wyciagniete z buchających ogniem kotłów.
Po tych wszystkich atrakcjach samochod stanal wreszcie przy malej drewanianej chatce. Ronnie wyłączyl silnik, ,,Jesteśmy na miejscu'' rzekł pogodnie. Drzwi byly otwarte na osciez, sciagnelismy buty i nieśmiało weszlismy do srodka. W pustej izbie, siedzial w fotelu drobny, starszy mezczyzna. Przywital nas pojednawczym kiwnięciem głowy i nakazał usiąść. To zdecydowanie dodalo nam otuchy, choc zobaczyłam minę Kasi i wiedzialam że obie jestesmy spiete. Mezczyzni rozmawiali chwile po indonezyjsku, co jeszcze bardziej nasiliło naszą konsternację a potem ten maly, poważny czlowiek zamknal oczy i w pokoju nastala taka cisza, jakby kazdy z nas wstrzymal oddech. Zaciskając prawą dłon szaman powtarzał niezrozumiale dla nas slowa, trwalo to kilka minut i jak to zwykle bywa w najbardziej nieodpowiednich momentach, znowu chcialo nam sie smiac. Zachowalysmy jednak powazne miny.
Uzyskalysmy kilka nowych informacji, jednak zbyt malo konkretnych by podjac jakiekolwiek dzialania. Wiele rzeczy, o ktorych ten mezczyzna nie mogl wiedziec, sprawdzilo sie bezbłędnie i to wzbudzilo nasz podziw. Imponujace- pomyslalam, choc jeszcze kilka godzin wczesniej calą misje uważałam za bezcelową.
Wracalismy w milczeniu. Nie wiem czy naprawde bylysmy blisko jakichs nadwyczajnych sil ale to przezycie bylo fascynujace i wywarło na nas duze wrazenie.
Przed powrotem do Bukittingi zatrzymalismy się jeszcze dwukrotnie. Pierwszym przystankiem była lokalna szkoła, a raczej malutka klasa z zabitymi deskami oknami ( i to nie jest metafora!). Nauczycielka gdy spostrzegła zmierzajace w jej strone Bule,wyszla na zewnatrz i powitala nas serdecznie, wraz z kilkoma uczennicami schowanymi za jej spódnicą. Dziewczynki mialy akurat lekcje angielskiego, wiec nieoczekiwanie zostałam wypchnięta na srodek klasy i mialam prowadzic zajecia. Zaskoczenie plus moja absolutna nieudolność w wystąpieniach publicznych zapowiadaly fiasko, jednak po kilku minutach wszyscy mieliśmy wielka frajdę, choc dziewczynki, i rowniez nauczycielka nie rozumialy prawie slowa z moich barwnych opowieści o odleglym kraju zwanym Polską. Zanim sie obejrzalysmy w drzwiach izby stalo juz kilka innych osob i wszyscy przyglądali się tej ekspresyjnie gestykulujacej kobiecie, mowiącej w niezrozumiałym dla nich języku.
Bariera językowa nie przeszkodzila nam nawiązac jeszcze jednej przyjazni tego dnia. Odwiedzilysmy pracujacych na polu rolnikow, i znowu zostalysmy przyjete bardzo serdecznie, pogawedzilismy sobie troche przy pomocy rąk i usmiechów, zajadając podarowaną nam pyszną, swieżo uprażoną kukurydzę.
To był dobry dzień. Pełen dobrych wrażen i dobrych ludzi. I czarów. Czarów życzliwości.
3 Nov 2011
Bule, where you go Bule?
No wlasnie dokąd? Nie widzialysmy raflezji, nie wspielysmy sie na wulkan, kazdy dzien uplywa nam na niezliczonych wizytach na policji, spisywaniu kolejnych raportow, roznoszeniu ulotek po wszystkich okolicznych straganach i dziesiatkach połączeń z ambasadą, miejscowym biurem turystyki, znowu z ambasadą. To wszystko wydaje sie byc bezcelowe. A jednak ciezko nam dac za wygrana i wyjechac. Kazdego wieczoru obiecujemy sobie ze bierzemy pierwszy poranny autobus i uciekamy jak najdalej, a gdy otwieramy oczy wstępuja w nas nowe siły witalne i nadzieja,i znowu ruszamy pelne werwy na poszukiwanie naszych rzeczy. Wszyscy w okolicy juz znaja Bule, ktore kazdego dnia przemierzaja Bukittingi wzdluz i wszerz, wszyscy wiedzą że ktoś Bule okradł a potem rzucil na pożarcie, prosto w paszcze indonezyjskiego bezprawia.
Wieczorem spisujemy kolejny raport i wydaje nam ze w koncu mamy do czynienia z kompetentnymi ludzmi.I czar pryska gdy slyszymy od oficera, że naszą sprawę przejmuje specjalny wydzial,,, cos na ksztalt indonezyjskiego FBI'',oznajmia z pełną powagi miną. Nie chcemy ryzykować strzału w stopę, więc nawet krzta usmiechu nie pojawia sie na naszych twarzach, choc posylam Kasi porozumiewawcze spojrzenie, a ona odpowiada w myslach: jajca musza byc! Wiec Mulder przekonany o wrazeniu jakie na nas wywarl, dorzucil po chwili cos rownie komicznego ,,moi chlopcy eskortuja Was do hotelu'', w tym momencie nachylil sie i wyszeptal konspiracyjnie:,, tak dla bezpieczenstwa.''
Wtedy Bule wiedzialy już dokąd pójdą. Najpierw do hotelu by spakowac wszystkie swoje rzeczy, a potem jak najdalej od Bukittingi.
Bule- w slangu indonezyjskim oznacza obcokrajowca, ,,białasa''
Wieczorem spisujemy kolejny raport i wydaje nam ze w koncu mamy do czynienia z kompetentnymi ludzmi.I czar pryska gdy slyszymy od oficera, że naszą sprawę przejmuje specjalny wydzial,,, cos na ksztalt indonezyjskiego FBI'',oznajmia z pełną powagi miną. Nie chcemy ryzykować strzału w stopę, więc nawet krzta usmiechu nie pojawia sie na naszych twarzach, choc posylam Kasi porozumiewawcze spojrzenie, a ona odpowiada w myslach: jajca musza byc! Wiec Mulder przekonany o wrazeniu jakie na nas wywarl, dorzucil po chwili cos rownie komicznego ,,moi chlopcy eskortuja Was do hotelu'', w tym momencie nachylil sie i wyszeptal konspiracyjnie:,, tak dla bezpieczenstwa.''
Wtedy Bule wiedzialy już dokąd pójdą. Najpierw do hotelu by spakowac wszystkie swoje rzeczy, a potem jak najdalej od Bukittingi.
Bule- w slangu indonezyjskim oznacza obcokrajowca, ,,białasa''
Subscribe to:
Comments (Atom)
