Tagi

Francja (1) Indonezja (30) Kambodża (3) Malezja (11) Tajlandia (6)

11 Nov 2011

12 października 2002


W malym sklepiku z pamiątkami tuż przy ulicy Legian, na ścianie wciąż wisi zdjęcie zrobione kilka dni po zamachu. Przystaje i skupiam wzrok na fotografii,i po chwili zdaje sobie sprawe, że obok mnie stoi ktoś jeszcze. Oboje wpatrujemy się w widniejące na zdjeciu pełne gruzu i zgliszczy ulice, twarz meżczyzny wydaje się być poruszona. Pytam delikatnie, czy pamięta wydarzenia tamtej nocy a on zaczyna opowiadać, jego angielski jest mierny ale w tym momencie język nie jest zadna przeszkodą, doskonale wiemy co chce nam przekazać.
Ten mężczyzna, sprzedawca pamiątek z Legian Street, był jednym z wielu Balijczyków, którzy ruszyli na pomoc i jeszcze kilka dni po zamachu przeszukiwali gruzy w nadzieji na odnalezienie żywych ludzi.

12 pazdziernika 2002 roku ,w gorący sobotni wieczór, w wyniku największego zamachu terrorystycznego w historii wyspy zycie stracilo 202 mlodych ludzi.
Klub Paddy, w którym wybuchła pierwsza bomba został odbudowany i działa do dziś, klub Sari doszczetnie zniszczony przez drugi wybuch juz nie istnieje.Wydarzenie upamietnia monument na glownym placu Kuty, wraz z nazwiskami wszystkich ofiar.





9 Nov 2011

Dolce far niente!

Nasze czerwone deski, z którymi zaczynałyśmy przygodę z surfingiem czekały w tym samym miejscu na plaży w Kuta, niemal nawoskowane i gotowe na kolejne fale. Niespodziewanie wyłonił się zza nich Baileys, nasz instruktor poznany podczas pierwszej wizyty na Bali i wszyscy wydaliśmy pisk radości, serdecznościom nie było końca.
Oczy mu swieciły gdy otwierał podarek znad Wisły, jeszcze ciepłą, lśniacą koszulkę w naszych (ale równiez indonezyjskich!)barwach narodowych. Tak,tak, to nie pomylka, tu pod równikiem naprawdę wszystko jest do góry nogami, a na maszcie powiewa dumnie czerwono-biała flaga.
Baileys częstuje nas zimnym Bintangiem, patrzy w niebo i mówi, że z plywania dziś nici. Nieprawdopodobne z jaką precyzją tutejsi mieszkańcy potrafią przewidzieć pogodę. Idzie na deszcz- dorzuca, zbierając cały dobytek swej malutkiej szkółki surfingowej. No way!- rzucam lekceważąco i ustępuje dopiero gdy wysuwa mi spod tyłka krzesło,a pierwsze krople deszczu moczą mi czoło. Niebo na Bali szarzeje z minuty na minute, przybierając ciężki, groźny kształt i zrywa sie taka ulewa, że zanim docieramy do domu jesteśmy przemoknięte do suchej nitki.
Pada dużo i często, szczególnie popołudniami,ma to jednak swój urok. Tęsknimy za słońcem i radością, ale Kuta nieco zwolnila, plaze opustoszaly i mozna nareszcie spokojnie pospacerowac, nie będąc co chwilę spychanym z chodnika.


Gdy w latach 70-tych, australijskie dzieci kwiaty ruszyły do Europy z głowami pełnymi marzen, nieodkryta jeszcze wówczas przez turystów Kuta, była podobno przystankiem, ktory upodobali sobie szczególnie.
Minęło wiele czasu, który przyniósł diametralne zmiany, dziś to raczej oblegany kurort niż azyl dla anarchistycznych przemyśleń, ale hipisowski duch wciąż jeszcze czuć w powietrzu. Wszystko kręci sie wokół przyjemności. Kuta jest najbardziej popularnym miejscem na Bali wśród spragnionych wrażeń urlopowiczów z Australii, wieczorami ulice i kluby wypełniają sie po brzegi żądnym chleba i igrzysk pokoleniem hedonistów. I my poddajemy się temu szaleństwu, tak jakbysmy chcialy wytanczyc cale rozczarowanie i żal, spowodowane ostatnimi wydarzeniami. Bawimy sie pysznie, bawimy sie dużo, dotrzymując kroku tej wiecznie rozbawionej miejscowości.
Oczy otwieramy gdy slońce jest juz dawno na horyzoncie,nasz ulubiony boy hotelowy zwany ,,Dyskretnym Ambrożym'' ( Śiwa jeden wie, jak ten chlopiec ma na imię ale mamy jakis fetysz z tym wymyslaniem ksywek) przynosi tosty z bananami i przeżuwając późne śniadanie układamy plan dnia.
JA: To miejsce wydaje się ciekawe. Możemy się tam wybrać.
Odkładam mapę i nie ruszam się z miejsca.
KASIA: ...może jutro?
Bali w języku indonezyjskim oznacza ,,dużo wolnego czasu'' , mieszkańccy wyspy nie dbają o dzień tygodnia, czy godzine, życie toczy się tu w rytmie wyznaczonym Twoimi potrzebami i kaprysami.
Taaaa, jutro!- ustalamy jednogłośnie.
Czas mógłby nie istnieć, tak nam tu dobrze, tak beztrosko. Przyznajemy się. Uwielbiamy to slodkie balijskie nicnierobienie.







A kuku!

7 Nov 2011

Mission completed

A więc kilka godzin później siedzimy w samolocie. Ja po moich nasennych piguleczkach, roztopiona jak ser w słońcu, lecz wciąż w obawie o stan naszego podwozia, Kasia spokojnie śpiąca na moim ramieniu. Jeszcze przed wejściem na pokład obserwujemy kilku pracowników lotniska, próbujacych uporać się z usterką techniczną naszego samolotu. Widok mężczyzn siedzących na płycie lotniska, studiujących pilnie kilkanascie rozłożonych przed nimi kartek papieru, nie napawa optymizmem. Wyglądają jakby analizowali instrukcję obsługi nowej mptrojki , a przeciez na Boga, Panowie, mamy tu do czynienia z potężną maszyną, toż to poważna sprawa. Mam ochote wyjsc do nich i powiedziec im to osobiscie, upewnic sie ze naprawde mają pojęcie co robią.
Cała ta sytuacja plus mój chorobliwy strach przed lataniem (co jest dosc dziwne jesli policzyc godziny ktore spedzamy w powietrzu) sprawiaja ze drżą mi ręce. Kasia łapie moją dłoń, robi coś co zawsze mnie uspokaja, i wchodzimy pewnie na pokład.
Poniewaz nie ma mozliwosci by z Sumatry dostac sie bezposrednio na Bali, czeka nas jeszcze przesiadka w Jakarcie. Uff, polowa za nami-myslę odpinając pas gdy docieramy do stolicy Indonezji.
W Denpasarze lądujemy po poludniu tego samego dnia. Widząc neonowe napisy ,,Welcome to Bali'', dopada nas dziecięca ekscytacja, idziemy długim korytarzem trzymając sie za ręcę i chichocząc głośno.Więc jesteśmy na Bali. Jak dobrze jest wracać do znanych nam miejsc, jak dobrze będzie znowu zobaczyć naszą rozpustną Kutę. Jakikolwiek impuls przywiódł nas w to miejsce, wiemy, że to szaleństwo warte było zachodu.
Do Kuty!-Kasia wydaje polecenie taksówkarzowi, odwraca się do mnie i pyta: W co się dzisiaj ubierasz? :)

6 Nov 2011

Nazad!!!

Bylo wiele powodów, dla których zatrzymałyśmy autobus. By ominąć emocjonalny ekshibicjonizm, napisze tylko, że jeśli czeka sie na coś tak dlugo, i jest się już bardzo bardzo blisko, ciezko po prostu odpuścić. Jeśli do tego ma się szalonego przyjaciela, który Cię kocha i wie, co jest dla Ciebie ważne (choć niekoniecznie dobre!) wówczas mozna podbić świat.
Dworzec w Bukittingi odpoczywał po ciężkim, męczącym dniu, większość autobusów juz odjechala. Gdy dotarłyśmy na wskazany na bilecie plac, naszym oczom ukazał się pokryty rdzą, zionący resztkami mocy pojazd. Pęknięta przednia szyba przypominała kryształowa pajęczynę, załataną w wielu miejscach szarą taśmą klejącą.Zanim jeszcze naszły nas wątpliwości, kierowca i jego mały pomagier wrzucili juz nasze placaki i popchneli ku wejściu.
Naszę uwagę musiałyśmy podzielić między poczucie smutku, że wyjeżdżamy stąd w takich okolicznościach, że nasz plan tak bardzo zawiódł, a modlitwy o to by autobus nie spadł w ktorąś z przepaści, sunąc po zabłoconej drodze. Potem mysli nasze zagluszyla głośna muzyka rodem z manieczek,a ręce zajeła walka z przebiegającymi po fotelach karaluchami. Więc suniemy tym wesołym autobusem po bezdrożach Sumatry, w chmurach dymu papierosowego, tak wielkich, ze w pewnym momencie z trudem widzę Kasię. Między bum bum bum wydobywajacego się z głośników wkrada się w moje myśli Bali Bali Bali, a raczej pewien kangurzy powód, dla którego miałyśmy się tam pojawić. Bum Bum Bali Bum Bali Bali Bum.
Patrzę na Kasię i wiem, że nie mogę pojechać kilometra dalej.Zawracajmy!-mówię. Kasia patrzy na mnie i wie, że nie może pozwolic mi pojechać metra dalej. Zawracajmy!-odpowiada.
Przyjaciel to ktoś kto nie wytknie Ci głupstwa, ale złapie Twoją dłoń i popełni je z Tobą.
Chwilę później studiuje mapę trasy autobusu w poszukiwaniu najbliższego lotniska a Kasia próbuje wytłumaczyć kierowcy by zatrzymał autobus. Gdy jej starania nie przynoszą skutku, wstaję i próbując przekrzyczeć muzykę, pytam: Czy ktoś tutaj mówi po angielsku? Widzę wlepione w nas 30 kilka par oczu, równie zdezorientowanych co rozbawionych. Komiczne Bule.
Na ratunek przychodzi nam nasz znajomy z Bukittingi, którego budzimy telefonem o 2 w nocy prosząc by wytłumaczył kierowcy powód całego zamieszania.
Udaje się. Godzinę później zamykają się za nami drzwi i autobus odjeżdża. Jesteśmy GDZIEŚ, skąd mamy wziąć JAKIŚ środek transportu by dostać się DOKĄDŚ. Okoliczny parkingowy lituje się nad nami i na czas oczekiwania przyjmuje nas do swojej kanciapy, i kolejne kilkadziesiąt minut spędzamy ogladając film o tajskim boksie.
Mały minivan, do którego znowu zostajemy wtrącone prawie siłą ma nas zawieźć do PEKAN BARU. A więc jesteśmy w domu, jedziemy do Pekan baru, jedziemy na lotnisko. Gdy misja wydaje się być prawie kompletna, kierowca zatrzymuje się przy małej przydrożnej knajpce, pośrodku niczego.Pekan baru?-pytamy. Kiwa potwierdzająco głową i odjeżdża.
Rozglądamy się dookoła, jest środek nocy, głucho i ciemno, nie ma lotniska, nie ma nawet niczego co wskazywaloby, że jesteśmy blisko jakiegos miasta. Dostrzegmy trzech mezczyzn siedzacych w restauracji, to nasza jedyna szansa na jakies informacje. I tu przychodzi czas na nasze poliglotyczne zdolności. Kasia dzierżąc w dłoni przewodnik próbuje swoich sił w indonezyjskim, a ja rozkładając ręce na kształt skrzydeł, symuluje samolot, okrążając ja z każdej strony i powtarzajac: Siuuuu,you know airport, shuuuuuu!
Chyba spokojnie możemy przeskoczyć na poziom pre-intermediate, bo za kilka minut siedzimy już w taksówce. Jesteśmy tuż, tuż.
Gdy docieramy na miejsce lotnisko jest jeszcze zamkniete. Rozkladamy naszą kolorową matę w jednym z ciemnych kątów, tradycyjnie przywiązujemy się do plecaków i ucinamy sobie drzemkę. Zegarki budzą nas punktulanie o 6.00. Zanim jeszcze pracownik biura linii lotniczych włącza komputer, już stoję przy biurku i podając mu paszporty mówię: Poproszę dwa bilety na Bali!Na kiedy?- patrzy na mnie zaskoczony. Na teraz prosze Pana, jak najszybciej!




5 Nov 2011

Karolinka, co mieszka za szkołą

Nic nie dzieje się bez powodu. W następstwie kradziezy musimy zmagać się z lokalnymi stróżami prawa i wtedy z pomocą przychodzi nam Karolina, nasza super bohaterka w pelerynie. Karolina mówi biegle po indonezyjsku, więc okazuje się niezwykle pomocna podczas kolejnych rozmów z policją. Śmiem przypuszczać, że dopiero teraz wiedzą co nam sie przytrafiło.
Wiemy już, że nasz czas w Bukittingi dobiegł końca. Autobus do Dumaiu odjeżdża nazajutrz i ostatni dzień naszego pobytu w Indonezji zamierzamy spędzić tylko na przyjemnościach. Karolina oprowadza nas po najlepszych kulinarnych punktach miasteczka (tak, tak ,większa część przyjemności sprowadza się do jedzenia!)a wieczór spędzamy goszcząc się w jej domu. Podczas dlugich nocnych rozmow dowiadujemy sie wielu nowych rzeczy o Indonezji, Karolina opowiada o tutejszych zwyczajach, wierzeniach, pieknych recznie barwionych batikach, wypadach na Bali po bajeczne suknie Oka Diputry, tutejszych przyprawach, trzęsieniach Ziemi, i rozprawiamy tak ochoczo, bez tchu wytchnienia.Tylko kotka wydaje sie być niewzruszona i nie bierze udzialu w naszym babskim spotkaniu.
Polskim zwyczajem, stół zastawiony jest różnymi przysmakami, w nieco mniej tradycyjnym wydaniu, Karolina śmieje sie ze nie miala czasu ulepić pierogów. Wcinamy cukier trzcinowy, mleko skondesowane, mango, pyszne pomarancze, czekoladowe ciastka z orzechami,popijamy Sekoteng, a Kasia rozwodzi sie nad fiaskiem naszych planów zrzucenia w Azji kilku zbędnych kilogramów i robi to z uroczą bezczelnością, zagryzając słowa smażonym bananem w cieście.
Indonezja to kulinarny plac zabaw. Mozna wybierać tu spośród dziesiątek rarytasów, próbować wciąż nowych rzeczy, zajadać się póki nie pojdą guziki. Mee goreng, nasi goreng,pisang goreng,bika,sate czy typowy dla zachodniej Sumatry rendang to tylko niektóre z tutejszych przysmakow, a juz to wystarcza by każda z nas nieco przybrała na wadze.
Tej nocy bierzemy pierwszy od miesiąca ciepły prysznic, co jest przyjemnoscią nad przyjemnościami, i zrozumie to tylko ten, kto przez jakis czas pozbawiony byl nawet bieżącej wody. Hedonizm pełną gebą!
Wczesnym rankiem budzi nas telefon z policji. Żal opuszczac to wielkie, ciepłe łóżko, tymbardziej że za oknem wciaz siąpie deszcz. Musimy jednak spisać ostatni raport i ruszać w drogę. Gdy docieramy na policje, Karolina odbiera nasze dokumenty i podpisuje dziesiątki kolejnych papierów. Przypadkowo spoglądam na jej dane i nie kryje rozbawienia gdy okazuje się, że pod imieniem i nazwiskiem, zamiast adresu zapisane jest po prostu ,,za szkołą''. Karolina wyprzedzając moje pytanie mówi: Nasza ulica wciąż nie ma nazwy,a poniewaz mieszkamy za szkołą, to najłatwiejszy sposób by nas znaleźć.
Och, Indonezjo, wspaniała zaskakująca nas wciąż Indonezjo, jakże będziemy za Tobą tęsknić!
Ostatni obiad w Turret Cafe, mocna jak dzwon kawa w naszym hotelu, szybka przejażdżka po bilety i jestesmy gotowe do drogi. Kierunek: Dumai, stamtąd pomkniemy promem do Malezji. Kapitan znowu poczęstuje nas papierosem lawirując między mijającymi nas tankowcami.
Takież tu cuda miały miejsce, jakże zmęczyły nas te dni w Bukittingi, a jednak, jednak żal wyjeżdżać...


Serdeczne podziękowania dla Karoliny i Irwana, Karolinko Twoja pomoc byla nieoceniona! Mamy nadzieje wrócić kiedyś na Sumatre, wrocic do Was!





Mee Goreng


Pisang Goreng czyli banany zapiekane w cieście. Nasz faworyt wśród przysmaków.


Baba z wozu, byłoby lżej.



Sekoteng w natarciu.